Dużo ostatnio dzieje się w polskich biegach wytrzymałościowych. Oprócz wyrośnięcia jak grzyby po deszczy młodych biegaczy, mamy minima prawie na każdym dystansie naszego bloku. Dodatkowo blok wytrzymałości wypadł najlepiej na Drużynowych Mistrzostwach Europy w całkowicie odmłodzonym składzie wspartym przez doświadczoną i świetnie wciąż biegającą Wiolkę Frankiewicz.
Niestety, rok temu, decyzją PZLA szkolenie biegaczy zostało w znacznym stopniu zmniejszone. Wprawdzie najlepsi nie mogą narzekać, ale wszyscy Ci, co byli już naprawdę blisko „topu” zostali zdani na siebie, na kluby. Co senior znaczy dla klubu to wiemy – problem. Jak ciężko jest samemu sobie zorganizować i sfinansować szkolenie też wszyscy wiemy. Gdy dodamy, że obóz w górach kosztuje ok. 6000zł to szanse dalszego rozwoju naszego biegacza studenta, albo biegacza męża czy biegacza ojca drastycznie spadają. Ciężko jest teraz o sponsorów (Marcin stracił strategicznego pół roku temu).
W trudnej sytuacji znalazł się świetny średniodystansowiec Bartosz Nowicki, który musiał cały rok szkolenia sfinansować ze środków spoza PZLA.
Także Tomasz Szymkowiak, zawodnik, który w ostatnich 7 latach zawsze uzyskiwał minimum na imprezę docelową (z wyj. Osaki w 2007), który co roku robi życiówki, jest już 5 -krotnym mistrzem Polski seniorów (plus brąz na MPS za młodzieżowca) i najlepiej spisał się z „naszych” w Bergen (wygrał w pięknym stylu) otrzymał na przygotowania do sezonu jedynie 52 dni zgrupowań krajowych oraz 20 dni w F.Romeu (bez swojego trenera – Ryszarda Biesiady). Uznany za nieperspektywicznego został też skreślony z listy monitoringu COS oraz suplemnatacji. Nieprzyszłościowy zawodnik pół roku później wygrywa MP na 10km ocierając się o minimum na tym dystansie na ME. Wygrywa DME i uzyskuje drugi wynik w Europie. Tomasz Szymkowiak otrzymuje drugi obóz w F.Romeu (niestety znów bez tr Biesiady).

Tak się składa, że na obozie w F.Romeu Szymek mieszka z tandemem Lewandowskich, mamy więc dokładny wgląd w to co dzieje się u tego zawodnika.
Wczoraj postanowił odpocząć po porannym treningu, ale gdy zobaczył wyniki z zawodów, wstał, założył buty do biegania i pobiegł na trening. Gdy dodamy, że 27 letni „Szymek Szymon Szymkowiak” ma żonę Martę i dwójkę dzieci (5 letnia Oliwka i 2 letnia Nikola), nie miał trenera przez ok. dwa lata (a mimo to wygrał MMP m.in. z R.Popławskim), pracował na maszynie, studiował i trenował łącząc wszystkie te czynności przez półtora roku odkrywamy bardzo ciekawą postać. Tę postać mających wiele przeszkód w sporcie, zakrętów w życiu, chcielibyśmy szerzej naświetlić.
Prezentujemy wywiad z Tomaszem Szymkowiakiem, najlepszym obecnie przeszkodowcem w Polsce. Tomek to człowiek niezwykle sympatyczny, koleżeński i pracowity. Z przyjemnością zgodził się na rozmowę i chętnie opowiadał o swoim życiu, sukcesach, treningu i rodzinie.

TOMASZ SZYMKOWIAK
- Urodzony: 05.07.1983
- Wzrost: 178cm
- Waga: 64kg
- Klub: LUKS Orkan Września
- Trenerzy: Andrzej Pujdak, obecnie - Ryszard Biesiada
REKORDY ŻYCIOWE:
- 1500 M 3:40.79 Warszawa 15/06/2008
- 3000 M 8:01.39 Sopot 27/06/2009
- 5000 M 13:59.88 Kraków 27/08/2005
- 10,000 M 28:41.90 Sosonowiec 02/05/2010
- 2000 M prz.5:36.47 Zielona Góra 29/08/2003
- 3000 M prz.8:21.12 Bydgoszcz 06/06/2010
NAJWIĘKSZE SUKCESY:
- Uczestnik Igrzysk Olimpijskich Pekin 2008 (3000m prz.)
- Zwycięstwo na Drużynowych Mistrzostwach Europy w Bergen 2010
- Uczestnik Mistrzostw Świata Berlin 2009 (3000m prz.)
- V miejsce podczas Pucharu Europy Annecy 2008 (3000 prz.)
- VI miejsce podczas Drużynowych Mistrzostw Europy Leiria 2009 (3000 prz.)
- 5-krotny Mistrz Polski Seniorów (3000m prz.) 2006, 2007, 2008, 2009 oraz na 10000m w 2010r.

Jak zaczęła się Twoja przygoda ze sportem?
No właśnie, kto był Twoim pierwszym trenerem?
TS: Na początku moim trenerem był pan Andrzej Pujdak. Prowadził On Tomka Pakulskiego, Piotrka Kubalewskiego, którzy byli medalistami Mistrzostw Polski, jeździli na Mistrzostwa Europy, Świata, co prawda w kategorii juniora czy juniora młodszego, ale zdobywali te medale mniej więcej w tym samym czasie. Jednak później nasze drogi się rozeszły po tych 7-8 latach.
Wspomniałeś, że Wasze drogi się rozeszły, jaki był powód i w jakiej atmosferze do tego doszło?
Dlaczego wybrałeś akurat 3000m z przeszkodami, jedną z trudniejszych konkurencji biegowych?
Są trenerzy, którzy uważają, że 3km z przeszkodami to konkurencja techniczna. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
TS: Nie wydaje mi się, żeby technika była tutaj najważniejsza. Uważam, że ja słabo technicznie pokonuję przeszkody i są zawodnicy, którzy osiągają bardzo dobre wyniki, a tak naprawdę katastrofalnie pokonują belki. Z drugiej strony są też i tacy, którzy są dużo lepsi ode mnie jeśli chodzi o technikę i lepsze życiówki na „płaską trójkę”, a mimo wszystko odpadają gdzieś na dystansie. Moim zdaniem wynik w biegu przeszkodowym bardziej zależy od umiejętności zmiany rytmu biegowego, raz przyspieszyć, a raz zwolnić. Ważna tu jest siła i odporność na tę zmianę rytmu.
Mimo niedoskonałości technicznych udało Ci się zakwalifikować na Igrzyska Olimpijskiej w Pekinie. Jak będziesz je wspominać?
TS: Jadąc tam miałem świadomość, że będzie mi bardzo ciężko awansować do finału. Pobiegłem 8:29 w tamtych warunkach, tak więc, wydaje mi się, że kompromitacji nie było. Wiadomo, że chciałem powalczyć o ten finał, niestety nie udało się. Mam nadzieję, że w Londynie stoczę skuteczną walkę o finał olimpijski. Mimo wszystko Igrzyska w Pekinie były dla mnie olbrzymim przeżyciem. To największa impreza na jakiej startowałem, a atmosfera znacznie różni się od Mistrzostw Świata czy Europy. Udział w tym niezwykłym wydarzeniu to spełnienie marzeń.

Czy z perspektywy czasu uważasz, że mogłeś coś poprawić, zmienić?
TS: Nie. Myślę, że wszystko zrobiłem dobrze, pobiegłem na maksimum swoich możliwości, a żeby awansować do finału trzeba było „połamać” 8:20 na co w tamtych warunkach chyba nie byłem przygotowany. Myślę, że muszę jeszcze poczekać. Poprawiam się systematycznie z sezonu na sezon i wierzę, że nadejdzie jeszcze mój czas.
A jak myślisz, czy Europejczycy są w stanie rywalizować na dystansie 3000m z przeszkodami z Afrykanami?
TS: Co prawda teraz bardzo dobrze biega dwóch Francuzów, ale obydwaj są z Algierii, jest Mustafa Mohammed, który reprezentuje Szwecję, a urodził się w Somalii, tak więc wydaje mi się, że rodowici Europejczycy nie są w stanie dogonić afrykańskich biegaczy. Jedynym, który się teraz wyróżnia to Fin Keskisalo z rekordem życiowym 8:10 co jest bardzo dobrym wynikiem, ale do najlepszych Kenijczyków trochę mu brakuje.
Czy uważasz, że stać Cię na poprawienie Rekordu Polski Bronisława Malinowskiego?
TS: Na razie o tym nie myślę. Skupiam się bardziej, żeby osiągnąć wynik w granicach 8:15. Kiedy pobiegłem pierwszy raz 8:40 wydawało mi się, że nigdy nie zdołam uzyskać rezultatu w granicach 8:30, po prostu uważałem, że jest to dla mnie za szybko. Udało mi się pobiec 8:29 po czym stwierdziłem, iż w tym biegu dałem z siebie wszystko i już szybciej nie mogę. Taka sytuacja powtarza się co sezon, później było 8:25, następnie 8:22. W tamtym roku uzyskałem 8:21, a wiem, że już od dwóch lat stać mnie na wynik poniżej 8:20. Chciałbym pobiec szybciej niż 8:17, ponieważ wielu Polaków właśnie na takim poziomie się zatrzymało, a następnie będę myślał o zbliżeniu się do Rekordu Polski. Jest to bardzo dobry wynik, ale zdarzają się biali zawodnicy, którzy potrafią taki rezultat osiągnąć. Jednak na dzień dzisiejszy 8:09 to dla mnie abstrakcja.
Jesteś 4-krotnym Mistrzem Polski. Zdobywałeś ten tytuł nieprzerwanie od 2006. Czy uważasz, że całkowicie zdominowałeś 3km z przeszkodami w Polsce?
TS: Nie. Co roku bardzo ciężko musiałem walczyć o tytuł Mistrza Polski. Może z wyjątkiem tamtego sezonu, gdzie wygrałem o ponad 4 sek. Wiedziałem, że jestem mocny i stać mnie na bardzo dobry bieg. Poprzednie tytuły udało mi się zdobyć po bardzo zaciętej walce. Przez te parę lat zabrakło w stawce biegaczy Radosława Popławskiego. Wiem, że stać go na dużo szybsze bieganie i już niedługo dołączy do czołówki. Uważam, ze trudniej będzie mi wygrać z Radkiem niż z Marcinem Chabowskim. Mam nadzieję, że ta rywalizacja podniesie poziom biegów na 3km z przeszkodami w kraju. Może któryś z młodych zawodników będzie naciskał co na pewno przełoży się na podniesienie poziomu w Polsce.
Wspomniałeś, że trenujesz pod okiem trenera Ryszarda Biesiady. Czy mógłbyś rozwinąć temat jak zaczęła się Wasza współpraca i dlaczego akurat zdecydowałeś się przejść do trenera Biesiady?
TS: Na obozach kadry narodowej, z racji tego, że jestem przeszkodowcem, trenowałem pod okiem trenera Ryszarda Biesiady. Zauważyłem, że Jego trening jest zupełnie inny niż mojego klubowego trenera, a co najważniejsze przynosi efekty i sprawia, że się poprawiam. To ja poprosiłem trenera Ryszarda o to, aby się mną zajął, jednak On początkowo odmówił, gdyż wiedział, że ma Radka Popławskiego i innych, co wiązało się z tym, że dla mnie może nie mieć czasu. Przełom nastąpił dopiero podczas Młodzieżowych Mistrzostw Polski w Krakowie, gdzie wygrałem z Radkiem. Do tych zawodów, jak i do całego sezonu, przez półtora roku trenowałem się sam w oparciu o plany trenera Ryszarda Biesiady. Jednak poza obozami kadrowymi nasz kontakt się urywał. Po moim zwycięstwie pan Jerzy Sudoł, który był wówczas prezesem powiedział, że tak być nie może, żebym ja trenował sam i to on nakazał trenerowi Biesiadzie zaopiekowanie się mną. W tym samym roku Radek Popławski nabawił się kontuzji i zostałem tylko ja.
Czy uważasz trenera Ryszarda Biesiadę za największego fachowca od biegów przeszkodowych w kraju?
TS: Szczerze mówiąc nie widzę innego trenera, który mógłby mnie przygotować na taki poziom jaki prezentuję. Gdybym nie mógł trenować z trenerem Biesiadą, to chciałbym rozwijać się pod okiem trenera Krzysztofa Szałacha. Naprawdę nie widzę innego treningu niż ten aplikowany mi przez trenera Biesiadę. Może dlatego, że ten typ treningu mi odpowiada i już się do niego przyzwyczaiłem. Jak widzę czasami młodszych kolegów jak trenują, to wydaje mi się, że popełniają błędy w treningu, natomiast trener Biesiada potrafi idealnie dobrać obciążenia dla przeszkodowców. Dlatego uważam go za fachowca jeśli chodzi o przeszkody i biegi długie.
Masz jakiś życiowy trening, który często wspominasz?
TS: Raczej nie. Nie robię sobie zawodów na treningach. Wiadomo, że trzeba mocno trenować, aby liczyć się w Europie czy na Świecie. Często wydaje mi się, że trenuję na lepszy wynik niż mój rekord życiowy, a wiem, że tak trzeba i kiedyś ten trening mi przysłowiowo „odda”. Jakiegoś super życiowego treningu nie mam. Najcięższymi treningami są dla mnie odcinki Wytrzymałości Tempowej biegane w kwietniu czy maju (np. 600m,800m na płotkach).
Jak często korzystasz z obozów wysokogórskich?
TS: Przez ostatnie dwa, trzy lata byłem na obozie wysokogórskim trzy razy w roku. W lutym zawsze byłem w RPA, a w maju jeździłem do Font Roume, albo St. Moritz. Później jeśli udało mi się wypełnić minimum na międzynarodową imprezę, dostawałem jeszcze jeden obóz wysokogórski w tych dwóch ostatnich miejscowościach. Ja nie mogę jeździć do St. Moritz. Po prostu nie „oddają” mi te góry. Zupełnie inaczej jest po Font Roume. Mam wrażenie, że czasem nie wykorzystałem maksymalnie formy jaką tam zrobiłem. Strasznie zawsze tego żałuję. Czasem coś bolało, albo bieg nie ułożył się po mojej myśli. Przykładem może być mój rekord życiowy z biegu w Ostrawie, gdzie źle się czułem i od startu do mety myślałem tylko o tym, żeby zrobić minimum, co mi się ostatecznie udało.
Czy uważasz, że trening wysokogórski jest niezbędnym środkiem treningowym u zawodników klasy Mistrzowskiej czy Mistrzowskiej Międzynarodowej?
TS: Wynik 8:29 pobiegłem nie mając żadnego obozu wysokogórskiego, jedynie zgrupowania w Szklarskiej Porębie. 8:25 pobiegłem po obozie w Predazzo, to jest ok. 1000m n.p.m., czyli nie są to jakieś wysokie góry. Uważam, że można biegać nawet 8:20 bez jakiś zgrupowań wysokogórskich i nie ma sensu pchanie się w wysokie góry bez wcześniejszego treningu na niższych wysokościach takich jak: 1000m n.p.m., 1300m n.p.m. Moje pierwsze obozy wysokogórskie nie przyniosły spodziewanego efektu, przez miesiąc po powrocie odpoczywałem. Najpierw musiałem się przekonać jaki trening mi najbardziej odpowiada na dużych wysokościach. Ja nigdy nie byłem wyżej niż 1700-1800m n.p.m. i bałbym się na razie jechać na obóz np. do Kenii, ponieważ wiem, że nie dałbym rady robić tam jakiś szybkich odcinków, a niestety bez nich nie jestem w stanie osiągnąć dobrego rezultatu. Może z biegiem lat to się zmieni i będę mógł wyjechać na wysokość 2000m n.p.m. jednak na razie jest mi to niepotrzebne.
Jest jakiś środek treningowy, który szczególnie lubisz? Taki, który Ci najbardziej odpowiada?
TS: To zależy jaki jest okres. Zimą bardzo lubię biegać dłuższe odcinki np. 2km, 3km, 4km. Jednak trener Biesiada rzadko to stosuje, natomiast często biegam u niego „tysiące”, które mimo wszystko też chętnie realizuję. Lubię długie wybiegania. Latem natomiast wolę szybkie odcinki od 300m-400m. Jeśli jestem w formie bardzo dobrze biega mi się 800m na płotkach, jednak gdy nie mam formy przeradza się ten trening w największy koszmar i przeważnie go nie kończę. Ja nie lubię biegać wolniej. Po prostu do póki mieszczę się w założonym czasie to wszystko jest ok. Natomiast jeśli się męczę to po 2-3 powtórzeniach przerywam trening i za tydzień mam drugie podejście do tego treningu. Jestem bardzo niecierpliwy. Jak wiem, że mam biegać szybko, to biegam szybko nie zważając na to czy wcześniej chorowałem i miałem jakąś przerwę, przez którą mogłem stracić coś ze swojej dyspozycji. Owszem jest mi bardzo ciężko, ale skraca to czas potrzebny do tego, abym wrócił na pożądane przeze mnie prędkości.
Krąży opinia, że trener Biesiada stosuje bardzo mocny trening, natomiast Ty jesteś zawodnikiem, który potrafi mocno trenować. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
TS: Zgodzę się ze stwierdzeniem, że trener Biesiada ma mocny trening, do którego trzeba się przyzwyczaić. Ja wiem, że jeśli ktoś podejmie się tego treningu to pierwszy rok musi spisać na straty. Do tego typu treningu trzeba się przyzwyczaić. Po tym jak zawodnik przywyknie do metod trenera Biesiady wyniki są rewelacyjne, a sam trening okazuje się być łatwiejszym niż to się wydawało na początku. Ja jestem już przyzwyczajony i mimo, iż czasami narzekam, to trener wie, że musi mi trochę odpuścić, albo ja sam sobie odpuszczam. Po prostu czuję, że jest już za ciężko. Ostatnio jednak bardzo dobrze się dogadujemy. Wcześniej zdarzało się tak, że wracałem z obozu i leżałem w łóżku, ponieważ w ogóle nie mogłem biegać. Obecnie nie ma takich sytuacji. Trener po prostu lepiej mnie poznał i widzi jak ma ustawiać trening, aby przyniósł on spodziewane efekty.
Co jest Twoim atutem podczas biegu?
TS: Kiedyś potrafiłem bardzo szybko zafiniszować, w sumie na przeszkodach nadal potrafię przebiec bardzo szybko ostatnie 400m czy zaatakować nawet z dłuższego finiszu. Myślę, że moim atutem jest obecnie wytrzymałość i umiejętność utrzymania stałego tempa, nawet jeśli już nie mam siły to do końca staram się walczyć o to, aby nie zwolnić. To często prowadzi do tego, że na mityngach zagranicznych po prostu na końcówce nie mam już sił, jednak tempo w jakim przebiegnę większą część dystansu może gwarantuje mi wysokie miejsce. Przykładem może być tutaj mój bieg w Ostrawie, podczas którego wiedziałem, że musze utrzymać się za plecami Mustafy Mohammeda, aby wypełnić minimum na Mistrzostwa Świata w Berlinie. Inaczej sprawa wygląda na krajowych mityngach czy mistrzostwach Polski, gdzie staram się wykorzystać swój mocny finisz. Na krajowych rywali to wystarcza, jednak zagranicą jest już ciężej, ponieważ tempo biegu jest mocne, a do tego trzeba dobrze zafiniszować.
Zapytałem o atut, a co uważasz za swoją „piętę achillesową”
Często coś Cię pobolewa, ale to normalne w sporcie. A czy przytrafiła Ci się jakaś kontuzja podczas Twojej kariery sportowej?
TS: Na szczęście jakaś poważniejsza nie, ale jak wspomniałeś mam wiele drobnych problemów np. ze ścięgnami Achillesa, rozcięgnami. Ale zawsze jakoś to przebiegam i później jest ok. Nie zdarzyło mi się, żebym miał kilka tygodni przerwy spowodowanej kontuzją.
Trener Bogusław Mamiński stwierdził kiedyś, że jeśli chce się biegać dobre przeszkody należy na 1500m „łamać” granicę 3:40. Tobie brakuje jeszcze 0,79sek., czy w związku z tym zgodzisz się ze stwierdzeniem pana Bogusława?
Rozumiem. Zaliczasz się więc do typu przeszkodowców biegających dobrze także dłuższe dystanse? Twój rekord życiowy na 10 000 m to 28:41,64. Czy zamierzasz z upływem lat „wydłużyć się” i spróbować swoich sił w biegu na 10km czy w maratonie?
TS: Dopóki mogę spokojnie się przygotowywać do dystansu 3000m z przeszkodami, nie zamierzam uciekać na ulicę. Chcę w pełni zrealizować się na przeszkodach. Do tej pory nic nie zmusiło mnie do ucieczki na ulicę (śmiech). Bardzo lubię biegać 10km, do tej pory biegałem ten dystans 4 razy w życiu. Raz pobiegłem 29:40, po trzech latach 29:15, aż wreszcie po kolejnych 3-4 latach pobiegłem 28:41. Uważam, że to nie jest maksimum moich możliwości, gdybym się przyszykował pod ten dystans to myślę, że wynik 28:15 – 20 byłby możliwy już w tym roku.
A zobaczymy Cię w roli maratończyka?
TS: Bardzo chciałbym przebiec maraton, jednak do Igrzysk Olimpijskich skupiam się wyłącznie na przeszkodach. Jeśli nie będę w stanie biegać w granicach 8:15, to chciałbym spróbować swoich sił w maratonie. Czasem bywa tak, że pierwsze dwa maratony można spisać na straty. Trzeba również nadawać się do maratonu. Jeśli - dajmy na to - przebiegnę pierwszy maraton w 2:20, a drugi 2:19 i stwierdzę po prostu, że nie ma sensu, to zakończę swoją karierę sportową, ponieważ z maratonu nie ma moim zdaniem powrotu na stadion.
Czy Twoja motywacja do treningu, do startów jest taka sama jak na początku kariery?
TS: Motywacja jest taka sama. Dużo zależy od okresu. Ja bardzo dobrze czuję się w kwietniu, maju, kiedy to zaczynam już biegać treningi typowo pod przeszkody. Zimą jest trochę ciężej, ponieważ nie ma zawodów, ale zawsze staram się w okresie zimowym ustalać jakieś swoje cele treningowe, np. biegać coraz szybciej biegi ciągłe w drugim zakresie intensywności. Później przychodzą starty kontrolne w lutym, a po nich Mistrzostwa Polski w przełajach i choć nie zawsze mi one wychodzą, to przynajmniej wiem na jakim poziomie przygotowania się obecnie znajduję i co można jeszcze poprawić.
Szymek rozmawiamy o motywacji, treningu, trenerze. A przecież jest jeszcze wiele rzeczy czy osób, które miały wpływ na przebieg Twojej kariery sportowej. Jakie znaczenie dla Ciebie ma fakt, że jesteś mężem i ojcem? Jakie masz obowiązki z tym związane?
TS: Kiedy jestem w domu to stwarza się pewien problem, ponieważ nie mam możliwości trenowania dwa razy dziennie. Często nawet godzina treningu jest przesuwana, za co trener się na mnie denerwuje, ponieważ chce abym chodził regularnie o stałych godzinach. Na szczęście moja żona Marta bardzo mocno mi pomaga, odciąża i wspiera mnie. Zdarzało się tak w mojej karierze, że chciałem skończyć z bieganiem, to właśnie żona namawiała mnie żebym tego nie robił. Wiem, że dla Niej to jest największe wyrzeczenie, ponieważ nie lubi jak jeżdżę na obozy, ponieważ sama musi opiekować się nie tylko dziećmi, ale i całym domem, a mimo wszystko chce, żebym dalej biegał. Ja mam ogromne szczęście, że na Nią trafiłem. Jak wracam do domu to Marta robi wszystko, abym nie miał za dużo obowiązków. Stara się, abym miał spokój i mógł się położyć zarówno przed treningiem jak i po nim. Wie, że potrzebuję spokoju i zazwyczaj zabiera dzieci i idzie na spacer, gdy muszę spać. Oczywiście po treningu i odpoczynku chętnie zabieram córki do zabawy, czy pomagam żonie w codziennych czynnościach domowych. Jestem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo mogę robić to co kocham, czyli biegać, a zarazem mieć cudowne córeczki i żonę.
Wspomniałeś o chwilach zwątpienia. Czym były one spowodowane?
TS: Na przykład przez dłuższy czas coś mnie bolało, a obiecałem sobie, że nigdy podczas kariery nie dam się zoperować, ponieważ dla mnie to jest w pewnym sensie kalectwo. Na szczęście ból minął i mogłem trenować dalej.
Inna sytuacja to narodziny mojej pierwszej córki Oliwii. Wówczas ja studiowałem i musiałem iść do pracy, dlatego chciałem zakończyć karierę, jednak jakoś ciężko było mi przestać biegać. Po pracy wychodziłem jeszcze na treningi, praktycznie nie byłem na żadnym obozie, a mimo to pobiegłem 8:29, czyli tylko 5 sekund zabrakło mi do minimum na Igrzyska Olimpijskie. W tym momencie człowiek, u którego pracowałem bardzo mi pomógł, można powiedzieć, że On jest moim sponsorem strategicznym. Zatrudnia mnie przez 5 lat, a tak naprawdę w pracy jestem gościem. To wspaniały człowiek Władysław Szewczyk, właściciel restauracji Balzak w Poznaniu. Od tego roku pomaga mi też w przygotowaniach do Igrzysk pan Jerzy Blejwas, prezes firmy ORLE MONT – BUD Trzemeszno. Bez nich wszystkich byłby mi bardzo ciężko.
Czyli udało Ci wyjść z opresji. Dobrze, że masz wokół siebie takich wspaniałych ludzi, żonę, sponsorów, bo ich pomoc okazuje się, że jest bezcenna. Czasami jednak jesteś zdany sam na siebie. Pamiętam niesamowitą sytuację podczas Mityngu Winobrania w Zielonej Górze kiedy prowadziłeś bieg na 3 kilometry praktycznie zaraz po tym jak wysiadłeś z pociągu. Miałeś ciężkie zadanie, byłeś zmęczony podróżą. A jednak podjąłeś się wyzwania. Jak wspominasz tamten bieg?
TS: Tamtego dnia wstałem już o 5.00 rano i do godziny 12.00 byłem w pracy. O 12.30 taksówką pojechałem na dworzec PKP, pociągiem do Zielonej Góry. Z dworca poszedłem na stadion (ok. 2 km). Od razu poszedłem na rozgrzewkę i poprowadziłem chłopakom 2200m. Pamiętam, że 5:18 mieliśmy 2km, tak więc tempo mieli idealne. Natomiast jak prowadzenie się skończyło Chabowski i Shegumo zaczęli oglądać się na siebie. Zresztą w tamtym czasie miałem straszną motywację do biegania. Wiem, że do pracy zabrałem ze sobą kolce, strój startowy i jakieś lajkry, bo było bardzo ciepło. Wyczekiwałem tylko na godzinę 12.00, a w pociągu trochę odpocząłem i wyprostowałem nogi. Wówczas motywacja była nawet do treningu, ponieważ potrafiłem wyjść na trening o 23.00 czy 24.00 i potrafiłem robić bieg ciągły w drugim zakresie intensywności czy jakieś tysiące, albo pięćsetki. Uważam, że teraz nie znalazłbym siły na to wszystko. Nie wiem skąd miałem taką motywację, przecież nie dostawałem żadnego stypendium, pracowałem na dniówkach i nockach, naprawdę nie wiem, może te Igrzyska Olimpijskie tak mnie motywowały?
Masz jakiś talizman, bądź rytuał związany ze startem na zawodach?
TS: Nie. Zawsze się żegnam przed startem. Kiedyś za juniora, pamiętam, że miałem jakiś łańcuszek, ale później jakoś o tym zapomniałem i obecnie biegam bez żadnego talizmanu.
Jak dużą rolę w Twoim życiu odgrywa wiara?
TS: Ja wierzę w Boga. Oddaliłem się od Niego na jakiś czas, popełniłem parę błędów, ale ostatnio zacząłem wierzyć chyba troszkę bardziej, staram się naprawić szkody i żyć uczciwie. Staram się co niedzielę chodzić do kościoła, bo dużo daje mi modlitwa. Czasem jak jestem za granicą na obozie to nie zawsze kościół jest gdzieś w okolicy, bądź nie wiem jakiego jest on wyznania, to jednak zawsze się przeżegnam, nie tylko przed biegiem czy treningiem, ale również po nich, aby podziękować, za moją rodzinę, za to że jestem zdrowy. Dla mnie zdrowie jest najważniejsze, ono daje mi poczucie pewności i sprawia, że nawet jeśli przegram to nie mam do siebie pretensji. Fajnie by było, gdyby wszyscy mogli zawsze ścigać się będąc w najwyższej dyspozycji, bez jakichkolwiek urazów. Czasem urazy przydarzają się na tydzień przed sezonem i wówczas zawodnik ma cały sezon z głowy. Niekiedy powoduje to przedwczesne zakończenie kariery sportowej.
A czy mając to zdrowie, tę wspaniałą rodzinę, dobrego trenera, sponsora, Tomasz Szymkowiak zdobędzie medal na Igrzyskach w Londynie?
TS: Dlaczego nie. Moim marzeniem jest wejście do pierwszej ósemki. Pewnie, że należy myśleć o medalu, może pobiegnę 8:05 lub akurat w dniu finału będę miał swój „dzień konia”. Nawet będąc w Pekinie mimo, iż biegałem 8:29 wyobrażałem sobie jak to by było zdobyć medal olimpijski. Na razie jednak trzeba trenować i powolutku robić postępy, pobiec poniżej 8:20. 8:15 to moje marzenie, a przed Igrzyskami w Londynie pobiec jeszcze szybciej. Podczas biegu przeszkodowego wiele się może zdarzyć, jakieś upadki itp. Nie mówię „nie”, ale też nie chcę powiedzieć „tak”, ponieważ wielu ludzi uznałoby to za szaleństwo.

Jak oceniasz występy Marcina Lewandowskiego w 2009 i 2010 roku?
TS: Naprawdę super! Bardzo mnie zadziwił zwłaszcza w Monaco, ponieważ byłem z Nim na obozie w Font Roume, gdzie ja bardzo mocno trenowałem, mieszkaliśmy na wysokości 1800m n.p.m., a popołudniu zawoziłem Marcina w góry na wysokość 2100-2200. On tam sobie szedł z kocykiem, czytał książkę i prosił, żebym po 2-3 godzinach go odbierał. Robił tylko rozbiegania, nawet pojechaliśmy sobie na wycieczkę. Marcin zjechał do Monaco i pobiegł 1:43.84. Jak zobaczyłem ten bieg byłem w szoku. Stwierdziłem, że nie wszyscy muszą mocno trenować, ale wiem, że każdy jest inny i nie można opierać się na schematach, czy to Marcina, czy też moich.
Natomiast 2010 rok jak na razie to jest to, co długo oczekiwałem. Wiedziałem, że kiedyś przyjdzie jego czas. To co zrobił już w tym sezonie to już jest bardzo wiele, każdy jego start jest niesamowity. Ale obserwuję go od dłuższego czasu, jeżdżę z nim na obozy, wiem, że to nie są „jego wszystkie pieniądze”. On może jeszcze dużo więcej. To gość, który może nam przynieść jeszcze wiele radości. Chciałbym, żebyśmy znów razem pojechali na Igrzyska Olimpijskie.
Czy uważasz, że Marcina stać na medal olimpijski w Londynie?
TS: Wszystko jest możliwe. Marcin jest młody i właśnie on spokojnie może o nim myśleć, bo kto, jak nie on? Pobiegł 1:43, jak już wspomniałem jest młody, a jego rekord życiowy już może dać medal olimpijski. Musi się nastawić, że biegi na 800m na dużych imprezach rozgrywane są na końcówkę, a uważam, że Marcin mimo iż bardziej lubi biegi szybkie o równym tempie, to dobrze sobie radzi na finiszu, czego przykładem są jego starty w tym roku. Ale finisz to jest to co uważam, że Marcin musi jeszcze bardziej rozwijać, bo tak z reguły wyglądają biegi na mistrzostwach. Takich niuansów jest wiele, może przed Igrzyskami powinien skupić się nad końcówką, a może właśnie taki trening jaki prowadzą teraz da już medal olimpijski? Myślę, że spokojnie stać go na medal olimpijski.
Przyznasz mi chyba rację, że duet braci Lewandowskich świetnie funkcjonuje? Jak myślisz w czym tkwi klucz do ich sukcesu?
TS: Nie wiem w czym tkwi klucz. Uważam, że Tomasz Lewandowski bardzo się do tego przyłożył, wcześniej był zawodnikiem, ale nie miał doświadczenia jako trener, co prawda skończył studia w Szczecinie, ale naprawdę wiele ludzi kończy studia, a jednak nie potrafią przełożyć tej wiedzy na praktykę. Tomasz zna bardzo dobrze siebie, a do tego Marcin jest bardzo do niego podobny. Myślę, że Tomek też mógł szybko biegać, ale może coś nie zagrało w treningu? Może wiedział co robił źle i uniknął tych błędów podczas prowadzenia swojego brata i w tym tkwi ten sukces. Tak mi się wydaje.
Szymek to powiedz jeszcze na zakończenie, jakie masz cele na ten sezon?
TS: Chciałbym poprawić wszystkie rekordy życiowe (śmiech). Wiem, że nie są on na miarę moich możliwości. No może poza 1500m, gdzie naprawdę ciężko będzie mi poprawić jeszcze tę szybkość. Pozostałe są do poprawienia. Nawet czasem, gdy ktoś się mnie pyta o moje życiówki na 3000m, 5000m to jest mi wstyd odpowiadać (śmiech). Oczywiście priorytetem są Mistrzostwa Europy w Barcelonie, chciałbym podczas tej imprezy uplasować się przynajmniej w pierwszej szóstce. Na chwilę obecną mam 2 wynik w Europie, ale może być tak, że ktoś jeszcze mnie przeskoczy w tabelach. Może uda mi się zdobyć medal, to są Mistrzostwa Europy, a nie Świata, więc szansa jest większa. Kiedyś obawiałem się ludzi biegających 8:15-20, teraz jednak wiem, że jak jestem w formie to mogę z nimi rywalizować i wygrywać.
Życzę Ci realizacji tych celów i bardzo dziękuję za rozmowę.
| « poprzednia | następna » |
|---|

