Interesuje Cię współpraca z nami? Sprawdź co możemy Ci zaoferować!

Wszyscy biegacze to wariaci!

Wszyscy biegacze to wariaci! Z podobną tezą spotkałem się już wielokrotnie. Przeczytałem niejeden artykuł napisany w podobnym tonie, przeprowadziłem tuzin rozmów. Dlaczego tak wielu z nas, biegaczy, pół żartem – pół serio mówi o sobie jako o wariatach?

Na wstępie wypada podkreślić, że wyraz „wariat” nie ma tutaj pejoratywnego znaczenia, wręcz przeciwnie, stanowi pewne wyróżnienie. Nie każdy bowiem śmiertelnik ma prawo nazywać siebie wariatem. Jest to określenie, które weszło do biegowego żargonu z zewnątrz, ale zostało „ciepło” przyjęte i zaakceptowane, i wbrew temu co „autorzy mieli na myśli”, zyskało pozytywny wydźwięk. Ale o co tyle szumu?

Na pewno wielu biegaczy usłyszało z ust przechodniów różnego rodzaju komentarze. Mi osobiście było dane zostać Forrestem Gumpem, któremu wszyscy kazali „run Forest, run!”, zdarzało się, że – tylko przebiegając - potrafiłem rozbawić spacerowiczów lepiej niż elita polskich kabaretów, a bywało i tak, że pod wątpliwość poddawano moją orientację seksualną (oczywiście rozchodziło się o legginsy treningowe). Byłem Robin Hoodem – facetem w rajtuzach, Biegającą Ciupagą (przydomek przywieziony z gór), no i oczywiście Wariatem. Wyobraźnia ludzka nie zna granic, jeśli chodzi o nazewnictwo biegaczy.

Żyjemy w kraju, w którym lekkoatletyka jest królową sportu jedynie w oczach garstki społeczeństwa. Dla przeciętnych Kowalskich widok gościa biegnącego w rajtuzach jest na tyle niecodzienny, zabawny i zaskakujący, że koniecznie muszą to zjawisko jakoś zdefiniować. W wersji podstawowej, tj. sytuacji, w której mamy ładną, słoneczną pogodę, zachęcającą do wyjścia z domu, definicja biegacza brzmi mniej więcej jak „wow!”. W wersji rozszerzonej już nieco inaczej. No bo jak nazwać kogoś, kto zimą zamiast ogrzewać się herbatą z miodem i cytryną, wychodzi na dwór, i jeszcze do tego biegnie? Tylko wariat!

Ale to nie wszystko! Na miano wariata trzeba sobie jeszcze zasłużyć! Kolejnym stopniem wtajemniczenia jest bieganie w deszczu. To dopiero wyzwanie! Ludzie noszą parasolki, płaszcze przeciwdeszczowe, co więksi szczęśliwcy jeżdżą samochodami i nie mokną, a na przekór temu jeden z drugim mknie w strugach deszczu, bo „trener kazał zrobić 10 km wybiegania”. Nie ma, ze boli! Na nic się zdadzą głosy sceptyków: „przecież pada”, „nie idź, bo będziesz chory”, „ubrania sobie pobrudzisz i zamoczysz”. To wszystko jest nie ważne!

W 2006 r. mieliśmy bardzo ostrą zimę. Nie bacząc na minusowe temperatury, wyszedłem na rozbieganie. Oczywiście zadbałem o ciepły ubiór, bo wariactwo to jedno, a lekkomyślność to drugie. Opatulony jak się tylko dało zrobiłem swoje 12 km wybiegania i szczęśliwy pojechałem na uczelnię. Przed zajęciami znajomi zamiast się przywitać, zapytali od razu: „powiedz tylko, czy dzisiaj biegałeś”. Gdy kiwnąłem głową twierdząco, komentarz był oczywisty. Ty wariacie!

Tej samej zimy, gdy temperatura nadal utrzymywała się poniżej zera, do wszechobecnego zimna doszła jeszcze duża wilgotność i wiatr. Przedzierając się przez mgłę, walcząc z wiatrem skończyłem trening, po czym ze zdziwieniem odkryłem, że moja bluza treningowa zamieniła się w… skorupę. Kryształki pary wodnej, która osadzała się na bluzie, zamarzały wskutek temperatury i wiatru, co spowodowało zesztywnienie materiału. Co było po powrocie do domu? Ty nie jesteś normalny!

Wielkie szczęście maja ci, którzy mogą sobie dobrać godzinę treningu wedle uznania. W większości są jednak biegacze potrzebujący mądrego planu dnia, aby móc pogodzić wszystkie obowiązki. Mam znajomych, którzy sztukę tę opracowali to perfekcji, co wzbudza zresztą mój duży szacunek. W ciągu jednej doby pracować od 7 rano przez 9 godzin, potem wyjść na trening, wieczorem pisać pracę magisterską, a w międzyczasie znaleźć jeszcze czas na wypożyczenie potrzebnych materiałów z biblioteki to wielka sztuka, ale czerpanie radości z treningu biorąc pod uwagę taki tryb życia to mistrzostwo! Cóż, wychodzenie o dziwnych porach na trening z uśmiechem na twarzy to jedna z cech, które wyróżniają biegaczy.

Kolejnym argumentem świadczącym o naszej niepoczytalności jest permanentne narażanie się na ataki psów. Każdy normalny człowiek zatrzymuje się, gdy pies do niego biegnie - bynajmniej nie po to by być pogłaskanym - czekając spokojnie aż czworonóg odejdzie. Ale jak się zatrzymać, gdy jesteśmy na szóstym kilometrze ciągłego? W tym przypadku jednak możemy się spotkać z pewnym zrozumieniem. Wprawdzie nikt na nasz widok nie zakłada swojemu Reksiowi smyczy, ale kiedyś usłyszałem od właściciela sporego wilczura słowa: „spokojnie, ten pies pana nie uje***!” Cóż, kamień z serca mi spadł!

Zupełnie osobną kwestią jest temat gór. O ile w Karkonoszach „tubylcy” są przyzwyczajeni do widoku biegaczy, tak w innych regionach jest to raczej rzadkość. Robiąc kiedyś wycieczkę w Tatrach zatrzymałem się na krótki odpoczynek przy schronisku. Wziąłem łyk isosatara i gdy miałem ruszać w drogę powrotną, zaczepił mnie jeden miły pan. Pytania raczej standardowe, jak się biegło, ile mi to czasu zajęło itp. Gdy porównał te dane z czasem w jakim sam pokonał odcinek ok. 10km, zapytał tylko: „nie szkoda panu widoków? Przecież nic pan z tego nie zapamiętał”. Cóż… Prawda jest taka, że na co dzień noszę okulary, zatem mimo chęci ciężko by mi było zapamiętać to, czego nawet wyraźnie nie mogłem zobaczyć, bo na trening oczywiście binokli nie zakładam. Ale ten drobny fakt pominąłem w rozmowie, podziękowałem i pobiegłem w swoją stronę, bo w końcu to trening, a nie wycieczka krajoznawcza, a po co kolejny już raz usłyszeć, że jest się wariatem.

Innym razem pewna para turystów za wszelka cenę chciała mi udowodnić wyższość przejażdżki wyciągiem krzesełkowym nad pokonywaniem kilkukilometrowego podbiegu pieszo (bo bezsens wbiegania to była rzecz tak oczywista, jak to że po wtorku jest środa). Co do zasady byli oni głusi na wszelkie moje argumenty. W końcu przestali się sprzeczać, gdy stwierdziłem, że zaoszczędziłem na tym ładnych kilkadziesiąt złotych, biorąc pod uwagę dłuższy pobyt w górach.

A imprezy? Jakie imprezy? Kiedy sezon jest w pełni i zbliża się najważniejszy start w tymże sezonie, to mamy problem, jak by się tu wykręcić. Powszechnie funkcjonującym powiedzeniem jest, że każda okazja jest dobra by wypić. W przypadku biegaczy uległo to jednak pewnemu przewartościowaniu. W poniedziałek nie pijemy bo we wtorek ciągły, we wtorek - bo w środę tempo, w środę - bo po tempie nie wypada, w czwartek - bo trzeba się wyspać, w piątek nie bo w sobotę zawody, w sobotę jesteśmy zmęczeni zawodami, no i w niedziele w końcu damy się namówić na jakieś symboliczne piwko, bo ma dużo witaminy B. A są przecież tacy, których abstynencja trwa przez większość roku. Wariactwo w czystej postaci!

Zupełnie niedawno rozmawiałem z koleżanką, i „niechcący” weszliśmy na temat biegania. Stwierdziła ona, że nigdy nie lubiła tego sportu i na pewno się to nie zmieni. Uważa, że to jest najnudniejszy sport jaki wymyślono, że snoocker jest bardziej porywający. Z kolei inni znajomi twierdzą, że w życiu się nie wezmą za bieganie, bo to boli. Po co się męczyć, skoro taka jazda na rowerze jest dużo bardziej cywilizowaną formą ruchu? Po co te zakwasy rano, skoro można wyjść do lasu na spacer i następnego dnia normalnie funkcjonować? Niekiedy można odnieść wrażenie, że biegacze są taką „atrakcją dnia codziennego” dla nie-biegaczy. Biegnie taki jeden pajac w rajtuzach, znudzony życiem, mający dziwne upodobanie do bólu i do tego jeszcze bierze udział w jakichś zawodach. To też jest pewna forma okaleczania się, gdyby ktoś jeszcze tego nie odkrył! Wystarczy zaobserwować biegacza na pół godziny przed startem. Chodzi podenerwowany, dziwnie często odwiedza toi toia (może by się w końcu wybrał z tym do lekarza?), i jeszcze bezczelnie wykorzystuje innych (ktoś musi popilnować rzeczy). O ile trening to niegroźne upodobanie do bólu, tak zawody to masochizm w najbardziej skrajnej postaci. Wystarczy zaobserwować biegaczy na mecie. Cieknie z nich jak by w saunie siedzieli, mają problemy z oddychaniem, w nienaturalny sposób podpierają się o własne kolana, mówią tak że nie można ich zrozumieć i mają przedziwny wyraz twarzy, przypominający niekontrolowany grymas psychicznie chorego. W pewnym momencie można dojść do wniosku, że „wariat” na nader łagodne określenie.

W tym momencie można dojść do sedna całej sprawy. Za tym całym płaszczem wyrzeczeń kryje się jakaś głębsza idea. Za tym wyrazem „wariat”, przez pryzmat którego często jesteśmy postrzegani, kryje się wyraz „pasjonat”. W oczach wielu ludzi fakt, że ich znajomy biega jest po prostu przyjmowany do wiadomości. Co bardziej wnikliwi obserwatorzy zauważą to, że biegamy w deszczu. Nie straszny nam zimowy mróz, dziwne spojrzenia przechodniów na faceta w rajtuzach. Potrafimy poradzić sobie z trudem pokonania górskiego podbiegu i mieć jeszcze siłę na rozmowę. Nie nudzi nas wielokilometrowa wycieczka, bo znajdziemy w niej chwilę dla siebie, na własne przemyślenia. Nauczyliśmy się asertywności, aby delikatnie podziękować za wieczorny bilard przy piwie. Umiemy sobie radzić z przedstartowym stresem i obrócić strach na swoją korzyść. Ale meritum, kwintesencja całej tej zabawy w bieganie jest niewidoczna dla przeciętnego obserwatora, czy nawet tego bardziej zainteresowanego. Bo gdy przyjrzymy się biegaczowi na mecie, to za wyczerpaną twarzą kryje się ogromna radość, satysfakcja, której nie osiągniemy na treningu czy w górach. Bywa, że nie mamy siły jej wyrazić i uzewnętrznić, ale ona się tli w środku. Wszystkie te wyrzeczenia, które trenujący biegacz musi brać pod uwagę, są drogą do osiągnięcia satysfakcji, której nie da nam nic innego niż nasza pasja, której tyle poświęcamy. Radość z osiągnięcia zamierzonego celu, z przekroczenia kolejnej „nieosiągalnej” granicy, czy zwykłe spotkanie się z innymi entuzjastami biegania jest warta narażenia się na chichot przechodniów w trakcie treningu czy wychodzenia na trening „o dziwnych porach”.

Określanie biegaczy mianem wariatów stanowi zatem swego rodzaju wyróżnienie, mało kto zostanie tak nazwany. Wariat to zatem jednostka zdolna do poświęceń, której żaden deszcz czy mróz nie odstraszy. Czysta przyjemność być tak nazwanym! Cieszy również fakt, że nie jesteśmy osamotnieni. Jest cała masa pasjonatów, którzy nam nie ustępują. Choćby tacy kolarze!

Wariactwem jest nie tylko umiejętność przebiegnięcia 10 km w deszczu czy na mrozie. To swego rodzaju filozofia życia, to pasja. Wariat zawsze wariata zrozumie, bo i kolarz, i biegacz, tancerz czy kulturysta poświęca tyle samo swojego czasu, energii i uwagi na to, co nadaje sens jego życiu. Jeżeli słyszymy od kogoś, że jesteśmy wariatami, nie zawsze wynika to z chęci dokuczenia, ale niekiedy z chęci utożsamienia się. Bo skąd wiemy, że naszego deszczowego wybiegania nie skomentował zagorzały kolarz czy pływak, który tak jak my, na przekór wszystkiemu zaprząta sobie głowę treningiem? Więcej nas łączy, niż dzieli!

Na koniec jeszcze jedno zdanie. Podobno wariaci mają lepiej, bo w piękniejszych kolorach postrzegają świat. Coś w tym chyba jest!

Z wariackimi pozdrowieniami - Maciej Twór